Uf, nigdy nie pisałam tak długo żadnego opowiadania. Cóż, tematem jest "Moja planeta" - liczę, że opowiadanie jakoś się w niego wpasowuje... Chociaż aluzja do tematu znajduje się raczej na samym końcu. Pierwotnie w ogóle miało być dłuższe i nie na tym miało się kończyć, ale przyznam szczerze, że miałam już powoli dość, a poza tym nie chciałam napisać historii na dwadzieścia stron. 😄 Może po porostu spróbuję kiedyś napisać kontynuację?
Ach, i proszę jeszcze nie komentować imion i nazw własnych! Mimo że nie ma ich wiele, to i tak są okropne. Powiedzmy, że to nie moja domena...
Ach, i proszę jeszcze nie komentować imion i nazw własnych! Mimo że nie ma ich wiele, to i tak są okropne. Powiedzmy, że to nie moja domena...
***
Taki sam odmieniec
Był inny niż wszyscy w jego
wiosce. Nie miał zielonej skóry, jego oczy nie były całe czarne. Jego rodacy nigdy
wcześniej nikogo takiego nie widzieli. Pewnie dlatego tak bardzo się go bali i
unikali, nawet nie próbując zrozumieć jego uczuć.
Pling jednak już do tego
przywykł, samotność nawet nie przytłaczała go tak bardzo, jak można by
pomyśleć. Mimo wszystko nie czuł się tutaj jak w prawdziwym domu. Jakżeby mógł?
Właściwie, nie był nawet pewien,
czy dobrze rozumie to słowo. Dom... Cóż to tak naprawdę oznaczało?
Dla niego było to miejsce, w którym śpi oraz je, inni jednak zdawali się wkładać
wiele emocji w wymawianie tego słowa. W ustach jego rodziców było ono bardzo
ciepłe, sprawiało, że można było poczuć się bezpiecznie. Takie uczucia wyczuwał
jednak tylko, gdy zwracali się do jego rodzeństwa.
Kiedyś jeszcze nie uważali go za
wyrzutka, a bezgranicznie kochali, tak samo jak jego braci i siostry. Coś się
jednak zmieniło, gdy zaczęli dostrzegać, że jest inny.
Każdy po narodzinach ma szarą
karnację, zmienia się ona jednak wraz z upływem lat, aby zyskać piękny, zielony
odcień świeżej trawy. Wszyscy mieli także czarne oczy, przypominające węgielki.
Zdarzały się jednak bardzo rzadkie przypadki narodzin dzieci z jaśniejszym
kolorem oczu, więc nikt nie przejął się tym, że jego były błękitne. Uznano to
za inną, jeszcze nieznaną odmianę tej przypadłości.
Koloru skóry jednak nie wolno
było zignorować. Delikatnie fioletowa karnacja Plinga stała się źródłem strachu
innych, a on sam nic nie mógł z tym zrobić. Pozostało mu bycie biernym i
czekanie na koniec jego życia.
Społeczeństwo bywa okrutne,
odrzucając kogoś tylko za drobny mankament, za w rzeczywistości niewielką
inność. Najgorsze było jednak nie to, że sąsiedzi czy dzieci w szkole nie
chciały się do niego odzywać, a niektórzy nawet potrafili go otwarcie
wyśmiewać.
Najgorszym, co może spotkać każdą
żyjącą i czującą istotę, jest odtrącenie przez własną rodzinę.
Pling nie miał nawet rodzinnej
miłości. Rodzice pozwalali mu mieszkać u nich w domu, utrzymywali go, jednak od
dawna nie nazywali go synem. Podczas gdy ojciec zabierał wszystkich chłopców do
garażu, aby naprawili wspólnie pojazd, a matka uczyła wszystkie dziewczynki gotowania,
on mógł co najwyżej przyglądać się w ciszy, oddalony o parę metrów.
W ten sposób przestał nawet
rozumieć znaczenie słów "miłość" czy "rodzina". Powoli
wszystkie wyrazy stawały się tylko zlepkiem sylab i głosek, niczym więcej.
Rija nie potrafiła zrozumieć
zasad panujących w ich świecie. Wszyscy wokół powtarzali, że odmienność jest
zła i nie wolno jej tolerować. Rzeczywiście, to, co inne i nieznane było
przerażające, jednak nie uważała tego za złe.
Złe było to, że wszyscy chcą być
tacy sami.
Jako mała dziewczynka uwielbiała
swoją skórę. Zawsze powtarzano jej, że posiada jeden z najpiękniejszych i
najszlachetniejszych odcieni zieleni i z pewnością dzięki niemu będzie pożądana
przez mężczyzn jako przyszła żona. Każdy chciałby pochwalić się kobietą o tak
żywej i soczystej karnacji.
Kiedyś to lubiła i chciała być
idealną współmałżonką.
Później jednak zrozumiała, że
nikt nie dostrzega w niej Riji. Wszyscy widzą tylko jej perfekcyjną skórę,
wyznacznik wartości w jej społeczeństwie. Gdyby jej cera miała ciemniejszy
odcień, już nikt nie widziałby jej w tłumie. Byłaby zwykłą zieloną obywatelką.
Mimo wszystko wolałaby być zwykła.
Wtedy wiedziałaby, że inni widzą w niej tę Riję, którą jest. Riję pasjonującą
się kosmosem. Riję, która marzy o podróżach, a nie założeniu rodziny tuż po
zakończeniu szkoły. W rzeczywistości jednak nie mogła być inna. Mogła tylko o
tym marzyć. Przynajmniej to nie sprawi, że rodzina ją odrzuci.
- Rija. Rija... Rija! -
Dziewczyna gwałtownie podskoczyła na krześle. Serce łomotało jej jak szalone,
ale przynajmniej podniosła głowę znad książki.
- C-co się s-stało? - wyjąkała,
jeszcze czując krążącą krew w żyłach i delikatne zawroty głowy.
- A ty znów czytasz te głupoty...
Zapomniałaś, że to dawno zostało uznane za bajki? - Koleżanka z klasy zabrała
jej książkę. Oczywiście czytała o kosmosie, tym razem o księżycach krążących
wokół ich planety. Nie był to najbardziej pasjonujący temat, wolała to, co
bardziej odległe. Nadal jednak uważała, że aby zrozumieć to, co dzieje się
miliardy lat świetlnych dalej, najpierw musi wiedzieć wszystko o tym, co
znajduje się bliżej.
Jak zawsze Rija po prostu
milczała.
- W każdym razie, z kim idziesz
na imprezę?
Rija nie przepadała za
przyjęciami w przeciwieństwie do swojej koleżanki. Z reguły udawało jej się
uniknąć wyjść, jednak tym razem spodziewała się, że nie będzie to takie proste.
Bal Końca był ważnym wydarzeniem już od wieków. Zawsze uważała jego nazwę za
dość oklepaną, ale nie mogła zaprzeczyć - była dość trafna. Bal ten był
wydarzeniem tylko dla absolwentów ostatniej klasy. Inni mogli tam wejść tylko
jako osoby towarzyszące. Było to też oficjalne zakończenie szkoły, czyli także
wkroczenie w dorosłość. Tej nocy dla każdego kończył się pewien etap życia.
- Tira... Mówiłam ci już, że nie
chcę iść.
- Musisz! Każdy idzie, nie ma
możliwości, żebyś ty w tym czasie była w domu. Jeśli martwisz się o partnera...
Naprawdę nie masz czego! Każdy chciałby iść właśnie z tobą, więc wybierz tego,
którego najbardziej lubisz. Później osobiście zadbam o twój wygląd, ale musisz
iść!
Rija wiedziała, że oficjalnie
przegrała. Znała Tirę od dziecka, były razem od najmłodszych lat, dzięki czemu
doskonale wiedziała, kiedy ma jeszcze jakąkolwiek szansę, aby przekonać ją do
swojego stanowiska.
Teraz jej nie miała. Ponadto
spodziewała się już, że najbliższe dwa tygodnie miną jej na szukaniu
odpowiedniej sukienki i wybieraniu idealnego upięcia pod czujnym okiem Tiry.
Poszukiwanie partnera na bal stało się najmniejszym problemem...
Pling wpatrywał się w plakat.
Dopiero wtedy uświadomił sobie, że minął już kolejny rok i nadszedł czas na Bal
Końca. Nie potrafił zrozumieć tej ekscytacji młodych ludzi... On miał to już za
sobą. Skończył szkołę pięć lat temu. Od tego czasu godziny, miesiące czy lata
przestały mieć dla niego znaczenie. Przetrwał okres, który musiał spędzić
blisko innych i znosić wytykanie go palcami, więc jego egzystencja stała się po
postu bezbarwna.
Dla niego Bal Końca nie był
pięknym wydarzeniem. Przez chwilę myślał, że może jego życie nabierze nieco
koloru, gdy uwolni się od rówieśników, jednak stało się zupełnie inaczej. Tego
dnia został pozbawiony wszystkiego. Nie miał już żadnego powodu, aby czuć, że
jego życie ma jakiś sens.
Nie wszedł do domu, tylko usiadł
na ganku. Rodzice mieli gości, więc nie wolno mu było przebywać w środku. Jak
tylko mogli starali się wymazać jego istnienie z ich życia. Nie pozwalali mu
nawet jeść z nimi kolacji czy zamienić choć kilku słów z rodzeństwem.
- Chodź, no dalej! Wybierzemy ci
najładniejszą suknię! - Dwie dziewczyny pojawiły się właśnie w zasięgu jego
wzroku. Jedną z nich była Rija, jego sąsiadka, natomiast drugą jej
przyjaciółka. Nie wiedział, jak ma na imię, jednak potrafił bez problemu
rozpoznać jej twarz oraz głos.
- Nie krzycz tak. Przeszkadzasz
sąsiadom.
- Wybacz, wybacz. - Tira nie
przejęła się uwagą przyjaciółki. - Myślałaś już, jaki kolor wybrać? Może żółć?
Nie, nie będzie pasować... Wiem! Czerwień! Czerwień będzie idealnie pasowała do
twojej skóry.
Rija zauważyła, że Pling wpatruje
się w nie i słucha ich rozmowy. Nawet z tej odległości zauważył, że dziewczynę
przeszedł dreszcz. Szybko chwyciła Tirę za rękę i pobiegła w kierunku domu.
Ping natomiast wpatrywał się w
miejsce, w którym jeszcze niedawno stała jego sąsiadka. Nie sądził, że
ktokolwiek może uciekać przed nim w takim pośpiechu. Zdawał sobie sprawę z
tego, że każdy go unika. Mimo wszystko starali się być bardziej dyskretni,
unikali patrzenia na niego lub po prostu udawali, że go nie widzą. Nigdy nie
widział tak gwałtownej reakcji.
Tego dnia, po raz pierwszy od
chwili, w której odtrąciła go własna matka, poczuł spływające po policzkach
łzy.
- To nie jest normalne.
- Jak to możliwe? Fioletowa
skóra?
- Widziałaś kiedykolwiek coś
takiego?
- To dziwne. Dziwak z niego!
Dziwne. On był dziwny? Nie
wiedział dlaczego wszyscy tak mówią. Przecież... Przecież on też ma mamę i tatę,
ma ręce i nogi, widzi, słyszy i czuje. Potrafi mówić, biegać i skakać. Umie
wszystko! Dlaczego zaczęli mówić, że jest dziwny?
Gdy wrócił do domu jego rodzice
siedzieli w kuchni. Nie widział twarzy mamy. Tata natomiast nie podnosił
wzroku. Wpatrywał się w kubek na stole i zdawał się być bledszy niż zazwyczaj.
Chłopiec podszedł do kobiety i
delikatnie pociągnął za jej spódnicę.
- Mamo, dlaczego wszyscy mówią,
że jestem dziwny?
Nie otrzymał odpowiedzi.
- Mamo, przecież nie jestem
dziwny, prawda?
Odwróciła głowę, nie chcąc nawet
spojrzeć na syna. Nie mogła. To on był gotów zniszczyć życie jej i jej rodziny,
na co nie mogła pozwolić. Albo on, albo cała rodzina.
- Mamo...
- Zejdź mi z oczu!
Chłopiec odskoczył od matki. Jego
błękitne oczy otworzyły się szeroko, twarz zastygła w bezruchu. To nie była
osoba, którą dotychczas znał...
- Jesteś dziwny! Nienormalny! Nie
chcę cię widzieć częściej, niż to konieczne!
Wstała i wyszła z kuchni,
zostawiając synka samego. Nie potrafił poskładać swoich myśli. Czy jego mama
właśnie powiedziała, że jest dziwny? Czy to może być prawdą?
Zaczął szybciej oddychać, a po
chwili jego oczy napełniły się łzami. Głośny szloch rozdarł jego klatkę
piersiową.
Serce Riji łomotało jak szalone.
Nie widziała go od dawna. Kiedy wychodziła do szkoły, zawsze widziała zapalone
światło w jego pokoju, a gdy wracała, okna były zasłonięte. Podejrzewała, że
większość czas spędza w domu. Dlaczego więc tym razem siedział na ganku?
- Dziewczyno, co to w ogóle było?
Mniej dyskretnie się nie dało?
Rija nawet jej nie odpowiedziała.
Nie chciała o tym rozmawiać.
- Wiesz, że też go nie lubię i
wolałabym go nie spotkać, ale ucieczka w takim tempie... Tego też wolałabym nie
robić.
- Dlaczego go nie lubisz? - Tym
razem odezwała się, jednak nie tego spodziewała się Tira. - Przecież też się z
nim bawiłaś, kiedy byliśmy mali.
- Ale to było zanim wszyscy
dowiedzieli się, że z nim jest coś nie tak! Jak można w ogóle lubić takiego
odmieńca?
Rija miała wrażenie, jakby
przyjaciółka właśnie ją uderzyła. Nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy od niej
tak okrutnie przeszywające serce słowa. "Odmieniec". Czyż właśnie nie
tak ona sama myślała o Plingu? Dlaczego więc, ta opinia wypowiedziana na głos,
brzmi tak bezdusznie?
Zrozumiała jednak, że Pling także
musiał poczuć się w ten sposób. Nie, musiał poczuć się o wiele gorzej. Od
dziecka musi znosić takie traktowanie, nie mając nawet nikogo, na kim mógłby
polegać.
Najgorzej jednak czuła się ze
świadomością, że ona także jest jedną z tych, którzy go opuścili.
Rija nawet nie zauważyła upływu
czasu. Tira tak wciągnęła ją w wir przygotowań do Balu Końca, że zorientowała
się dopiero, ile dni minęło, gdy nadszedł czas na włożenie kupionej wcześniej
sukni.
- Rija, powiedz wreszcie! Z kim
idziesz? - Tira próbowała z niej to wyciągnąć od dawna, ciągle nieskutecznie.
- To niespodzianka. Zobaczysz na
miejscu.
- Chwilę... Czyli nie jedziemy
razem?
- Nie.
Tira była zszokowana siłą
przyjaciółki. Nigdy wcześniej nie sprzeciwiała się jej tak jawnie. Postanowiła
jednak nic już nie mówić i po prostu się z nią pożegnała. Rija także wzięła
swoje rzeczy i wyszła.
Pling po raz kolejny został
zmuszony do siedzenia na ganku. Jego brat właśnie wybierał się na Bal Końca,
więc w domu od rana znajdowała się jego partnerka. Byli ze sobą już bardzo
długo, więc planują pobrać się niedługo po tej nocy. Przynajmniej on będzie
mógł wieść szczęśliwe życie...
Podejrzewał, że niedługo będzie
mógł wrócić. Pewnie zaraz wyjdą i wreszcie ktoś pozwoli mu wejść do ciepłego
budynku.
W pewnej chwili dostrzegł także
idącą ulicą przyjaciółkę Riji. Tylko gdzie była sama Rija? Pomyślał, że pewnie
zdecydowała się iść sama ze swoim partnerem. Z takim wyglądem musiała mieć
ogromne powodzenie u płci przeciwnej.
Tym bardziej zdziwił się, gdy
zobaczył Riję ubraną w balową suknię tuż przed nim. Nawet nie zauważył, kiedy
weszła na podwórko. Prawdopodobnie nadal nie wiedziałby o jej obecności, gdyby
nie jej ręka delikatnie dotykająca jego ramienia...
Jednak to nie sam fakt, że
znalazła się przed nim tak nieoczekiwanie, wprawił go w takie osłupienie. Nie
sądził, że ktokolwiek mógłby chcieć zobaczyć się z nim z własnej woli. A co
dopiero ktoś, kto jeszcze nie tak dawno tak zareagował na jego widok.
- Rija? Co tutaj robisz?
- Chodź ze mną na bal.
Tym razem nie był po prostu
zszokowany. Miał wrażenie, jakby cały wszechświat spadł mu na głowę. I to kilka
razy. Nie potrafił trzeźwo myśleć, a jedynym, co zdołał z siebie wykrztusić to
zduszone "dlaczego?". Nie był nawet pewien, czy nie był to przypadkiem
tylko jakiś nieartykułowany dźwięk.
- Bal Końca ma być końcem
jakiegoś etapu w życiu, prawda? Nie chcę, żeby chodziło tylko o szkołę.
- Nie rozumiem.
- Też tego nie rozumiem. Dlaczego
to, że ktoś jest trochę inny, ma znaczyć o jego wartości?
Miał wrażenie, że zaczyna powoli
nadążać za tokiem myślenia Riji. Ale czy naprawdę może sam w sobie krzesać
jakąkolwiek nadzieję? Czy w ogóle ma do niej prawo?
Nadzieję... Czy to możliwe, żeby
powoli zaczynał ją czuć? Czy naprawdę jego życie mogłoby stać się lepsze? Jako
dziecko jeszcze starał się, aby tak było, jednak bezskutecznie. Dla odmieńca
nie ma tutaj miejsca. To niepodważalna reguła tego świata.
- Byłam okropna w stosunku do
ciebie. Nawet nie wiem dlaczego... Chyba bałam się tej inności. Ale dlaczego?
Przecież wcześniej tak bardzo się lubiliśmy.
- Rija... Wiesz przecież, jak
wszyscy zareagują...
- Wiem! - Wcięła mu się w słowo z
większą siłą niż zamierzała. - Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą.
Bal Końca... Mimo że nie
rozumiał, dlaczego jest on dla każdego tak ekscytujący, nagle sam zapragnął,
aby stał się czymś ważnym i dla niego. Nie był pewien, czy robi dobrze, jednak
wstał i podążył za Riją, gotów, aby spróbować zmienić nie tylko siebie, ale
także innych.
W końcu nigdy nie jest za późno, prawda?
Mimo że wyróżnia się spośród
innych, nie jest jedynym odmieńcem. Każdy czymś się różni. Nie zawsze rzuca się
to w oczy tak bardzo, jak jego fioletowa skóra, ale czy to zaraz oznacza, że to
on jest dziwakiem? Jest jedynym o takim kolorze skóry wśród wszystkich
zielonych istot na tej planecie, ale jest także ich rodakiem. To tutaj się
urodził i dorastał.
To jego planeta i ma prawo takie
samo prawo do życia na niej, jak inni.
Heroine
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńAch, uwielbiam takie płomienne końcówki - strasznie inspirują i dają siłę.
OdpowiedzUsuńDomyślam się, dlaczego miałaś problem z tym opowiadaniem - to bardzo trudna do ugryzienia koncepcja, ale udało ci się! Czytało mi się przyjemnie no i od razu shipowałam głównych bohaterów, haha ;)
Strasznie podoba mi się też sam tytuł "taki sam odmieniec". Temat jest tutaj jak najbardziej wyczuwalny, więc o to się nie obawiaj. Zdecydowanie udało ci się uchwycić esencję tej inności. No, po prostu bardzo porządne opowiadanie!