niedziela, 1 października 2017

WYZWANIE #5: Taki sam odmieniec

Uf, nigdy nie pisałam tak długo żadnego opowiadania. Cóż, tematem jest "Moja planeta" - liczę, że opowiadanie jakoś się w niego wpasowuje... Chociaż aluzja do tematu znajduje się raczej na samym końcu. Pierwotnie w ogóle miało być dłuższe i nie na tym miało się kończyć, ale przyznam szczerze, że miałam już powoli dość, a poza tym nie chciałam napisać historii na dwadzieścia stron. 😄 Może po porostu spróbuję kiedyś napisać kontynuację?
Ach, i proszę jeszcze nie komentować imion i nazw własnych! Mimo że nie ma ich wiele, to i tak są okropne. Powiedzmy, że to nie moja domena...

***
Taki sam odmieniec
  

               Był inny niż wszyscy w jego wiosce. Nie miał zielonej skóry, jego oczy nie były całe czarne. Jego rodacy nigdy wcześniej nikogo takiego nie widzieli. Pewnie dlatego tak bardzo się go bali i unikali, nawet nie próbując zrozumieć jego uczuć.
               Pling jednak już do tego przywykł, samotność nawet nie przytłaczała go tak bardzo, jak można by pomyśleć. Mimo wszystko nie czuł się tutaj jak w prawdziwym domu. Jakżeby mógł?
               Właściwie, nie był nawet pewien, czy dobrze rozumie to słowo. Dom... Cóż to tak naprawdę oznaczało? Dla niego było to miejsce, w którym śpi oraz je, inni jednak zdawali się wkładać wiele emocji w wymawianie tego słowa. W ustach jego rodziców było ono bardzo ciepłe, sprawiało, że można było poczuć się bezpiecznie. Takie uczucia wyczuwał jednak tylko, gdy zwracali się do jego rodzeństwa.
               Kiedyś jeszcze nie uważali go za wyrzutka, a bezgranicznie kochali, tak samo jak jego braci i siostry. Coś się jednak zmieniło, gdy zaczęli dostrzegać, że jest inny.
               Każdy po narodzinach ma szarą karnację, zmienia się ona jednak wraz z upływem lat, aby zyskać piękny, zielony odcień świeżej trawy. Wszyscy mieli także czarne oczy, przypominające węgielki. Zdarzały się jednak bardzo rzadkie przypadki narodzin dzieci z jaśniejszym kolorem oczu, więc nikt nie przejął się tym, że jego były błękitne. Uznano to za inną, jeszcze nieznaną odmianę tej przypadłości.
               Koloru skóry jednak nie wolno było zignorować. Delikatnie fioletowa karnacja Plinga stała się źródłem strachu innych, a on sam nic nie mógł z tym zrobić. Pozostało mu bycie biernym i czekanie na koniec jego życia.
               Społeczeństwo bywa okrutne, odrzucając kogoś tylko za drobny mankament, za w rzeczywistości niewielką inność. Najgorsze było jednak nie to, że sąsiedzi czy dzieci w szkole nie chciały się do niego odzywać, a niektórzy nawet potrafili go otwarcie wyśmiewać.
               Najgorszym, co może spotkać każdą żyjącą i czującą istotę, jest odtrącenie przez własną rodzinę.
               Pling nie miał nawet rodzinnej miłości. Rodzice pozwalali mu mieszkać u nich w domu, utrzymywali go, jednak od dawna nie nazywali go synem. Podczas gdy ojciec zabierał wszystkich chłopców do garażu, aby naprawili wspólnie pojazd, a matka uczyła wszystkie dziewczynki gotowania, on mógł co najwyżej przyglądać się w ciszy, oddalony o parę metrów.
               W ten sposób przestał nawet rozumieć znaczenie słów "miłość" czy "rodzina". Powoli wszystkie wyrazy stawały się tylko zlepkiem sylab i głosek, niczym więcej.

               Rija nie potrafiła zrozumieć zasad panujących w ich świecie. Wszyscy wokół powtarzali, że odmienność jest zła i nie wolno jej tolerować. Rzeczywiście, to, co inne i nieznane było przerażające, jednak nie uważała tego za złe.
               Złe było to, że wszyscy chcą być tacy sami.
               Jako mała dziewczynka uwielbiała swoją skórę. Zawsze powtarzano jej, że posiada jeden z najpiękniejszych i najszlachetniejszych odcieni zieleni i z pewnością dzięki niemu będzie pożądana przez mężczyzn jako przyszła żona. Każdy chciałby pochwalić się kobietą o tak żywej i soczystej karnacji.
               Kiedyś to lubiła i chciała być idealną współmałżonką.
               Później jednak zrozumiała, że nikt nie dostrzega w niej Riji. Wszyscy widzą tylko jej perfekcyjną skórę, wyznacznik wartości w jej społeczeństwie. Gdyby jej cera miała ciemniejszy odcień, już nikt nie widziałby jej w tłumie. Byłaby zwykłą zieloną obywatelką.
              Mimo wszystko wolałaby być zwykła. Wtedy wiedziałaby, że inni widzą w niej tę Riję, którą jest. Riję pasjonującą się kosmosem. Riję, która marzy o podróżach, a nie założeniu rodziny tuż po zakończeniu szkoły. W rzeczywistości jednak nie mogła być inna. Mogła tylko o tym marzyć. Przynajmniej to nie sprawi, że rodzina ją odrzuci.
               - Rija. Rija... Rija! - Dziewczyna gwałtownie podskoczyła na krześle. Serce łomotało jej jak szalone, ale przynajmniej podniosła głowę znad książki.
               - C-co się s-stało? - wyjąkała, jeszcze czując krążącą krew w żyłach i delikatne zawroty głowy.
               - A ty znów czytasz te głupoty... Zapomniałaś, że to dawno zostało uznane za bajki? - Koleżanka z klasy zabrała jej książkę. Oczywiście czytała o kosmosie, tym razem o księżycach krążących wokół ich planety. Nie był to najbardziej pasjonujący temat, wolała to, co bardziej odległe. Nadal jednak uważała, że aby zrozumieć to, co dzieje się miliardy lat świetlnych dalej, najpierw musi wiedzieć wszystko o tym, co znajduje się bliżej.
               Jak zawsze Rija po prostu milczała.
               - W każdym razie, z kim idziesz na imprezę?
               Rija nie przepadała za przyjęciami w przeciwieństwie do swojej koleżanki. Z reguły udawało jej się uniknąć wyjść, jednak tym razem spodziewała się, że nie będzie to takie proste. Bal Końca był ważnym wydarzeniem już od wieków. Zawsze uważała jego nazwę za dość oklepaną, ale nie mogła zaprzeczyć - była dość trafna. Bal ten był wydarzeniem tylko dla absolwentów ostatniej klasy. Inni mogli tam wejść tylko jako osoby towarzyszące. Było to też oficjalne zakończenie szkoły, czyli także wkroczenie w dorosłość. Tej nocy dla każdego kończył się pewien etap życia.
               - Tira... Mówiłam ci już, że nie chcę iść.
               - Musisz! Każdy idzie, nie ma możliwości, żebyś ty w tym czasie była w domu. Jeśli martwisz się o partnera... Naprawdę nie masz czego! Każdy chciałby iść właśnie z tobą, więc wybierz tego, którego najbardziej lubisz. Później osobiście zadbam o twój wygląd, ale musisz iść!
               Rija wiedziała, że oficjalnie przegrała. Znała Tirę od dziecka, były razem od najmłodszych lat, dzięki czemu doskonale wiedziała, kiedy ma jeszcze jakąkolwiek szansę, aby przekonać ją do swojego stanowiska.
               Teraz jej nie miała. Ponadto spodziewała się już, że najbliższe dwa tygodnie miną jej na szukaniu odpowiedniej sukienki i wybieraniu idealnego upięcia pod czujnym okiem Tiry. Poszukiwanie partnera na bal stało się najmniejszym problemem...

               Pling wpatrywał się w plakat. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że minął już kolejny rok i nadszedł czas na Bal Końca. Nie potrafił zrozumieć tej ekscytacji młodych ludzi... On miał to już za sobą. Skończył szkołę pięć lat temu. Od tego czasu godziny, miesiące czy lata przestały mieć dla niego znaczenie. Przetrwał okres, który musiał spędzić blisko innych i znosić wytykanie go palcami, więc jego egzystencja stała się po postu bezbarwna.
               Dla niego Bal Końca nie był pięknym wydarzeniem. Przez chwilę myślał, że może jego życie nabierze nieco koloru, gdy uwolni się od rówieśników, jednak stało się zupełnie inaczej. Tego dnia został pozbawiony wszystkiego. Nie miał już żadnego powodu, aby czuć, że jego życie ma jakiś sens.
               Nie wszedł do domu, tylko usiadł na ganku. Rodzice mieli gości, więc nie wolno mu było przebywać w środku. Jak tylko mogli starali się wymazać jego istnienie z ich życia. Nie pozwalali mu nawet jeść z nimi kolacji czy zamienić choć kilku słów z rodzeństwem.
               - Chodź, no dalej! Wybierzemy ci najładniejszą suknię! - Dwie dziewczyny pojawiły się właśnie w zasięgu jego wzroku. Jedną z nich była Rija, jego sąsiadka, natomiast drugą jej przyjaciółka. Nie wiedział, jak ma na imię, jednak potrafił bez problemu rozpoznać jej twarz oraz głos.
               - Nie krzycz tak. Przeszkadzasz sąsiadom.
               - Wybacz, wybacz. - Tira nie przejęła się uwagą przyjaciółki. - Myślałaś już, jaki kolor wybrać? Może żółć? Nie, nie będzie pasować... Wiem! Czerwień! Czerwień będzie idealnie pasowała do twojej skóry.
               Rija zauważyła, że Pling wpatruje się w nie i słucha ich rozmowy. Nawet z tej odległości zauważył, że dziewczynę przeszedł dreszcz. Szybko chwyciła Tirę za rękę i pobiegła w kierunku domu.
               Ping natomiast wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze niedawno stała jego sąsiadka. Nie sądził, że ktokolwiek może uciekać przed nim w takim pośpiechu. Zdawał sobie sprawę z tego, że każdy go unika. Mimo wszystko starali się być bardziej dyskretni, unikali patrzenia na niego lub po prostu udawali, że go nie widzą. Nigdy nie widział tak gwałtownej reakcji.
               Tego dnia, po raz pierwszy od chwili, w której odtrąciła go własna matka, poczuł spływające po policzkach łzy.

               - To nie jest normalne.
               - Jak to możliwe? Fioletowa skóra?
               - Widziałaś kiedykolwiek coś takiego?
               - To dziwne. Dziwak z niego!
               Dziwne. On był dziwny? Nie wiedział dlaczego wszyscy tak mówią. Przecież... Przecież on też ma mamę i tatę, ma ręce i nogi, widzi, słyszy i czuje. Potrafi mówić, biegać i skakać. Umie wszystko! Dlaczego zaczęli mówić, że jest dziwny?
               Gdy wrócił do domu jego rodzice siedzieli w kuchni. Nie widział twarzy mamy. Tata natomiast nie podnosił wzroku. Wpatrywał się w kubek na stole i zdawał się być bledszy niż zazwyczaj.
               Chłopiec podszedł do kobiety i delikatnie pociągnął za jej spódnicę.
               - Mamo, dlaczego wszyscy mówią, że jestem dziwny?
               Nie otrzymał odpowiedzi.
               - Mamo, przecież nie jestem dziwny, prawda?
               Odwróciła głowę, nie chcąc nawet spojrzeć na syna. Nie mogła. To on był gotów zniszczyć życie jej i jej rodziny, na co nie mogła pozwolić. Albo on, albo cała rodzina.
               - Mamo...
               - Zejdź mi z oczu!
               Chłopiec odskoczył od matki. Jego błękitne oczy otworzyły się szeroko, twarz zastygła w bezruchu. To nie była osoba, którą dotychczas znał...
               - Jesteś dziwny! Nienormalny! Nie chcę cię widzieć częściej, niż to konieczne!
               Wstała i wyszła z kuchni, zostawiając synka samego. Nie potrafił poskładać swoich myśli. Czy jego mama właśnie powiedziała, że jest dziwny? Czy to może być prawdą?
               Zaczął szybciej oddychać, a po chwili jego oczy napełniły się łzami. Głośny szloch rozdarł jego klatkę piersiową.

               Serce Riji łomotało jak szalone. Nie widziała go od dawna. Kiedy wychodziła do szkoły, zawsze widziała zapalone światło w jego pokoju, a gdy wracała, okna były zasłonięte. Podejrzewała, że większość czas spędza w domu. Dlaczego więc tym razem siedział na ganku?
               - Dziewczyno, co to w ogóle było? Mniej dyskretnie się nie dało?
               Rija nawet jej nie odpowiedziała. Nie chciała o tym rozmawiać.
               - Wiesz, że też go nie lubię i wolałabym go nie spotkać, ale ucieczka w takim tempie... Tego też wolałabym nie robić.
               - Dlaczego go nie lubisz? - Tym razem odezwała się, jednak nie tego spodziewała się Tira. - Przecież też się z nim bawiłaś, kiedy byliśmy mali.
               - Ale to było zanim wszyscy dowiedzieli się, że z nim jest coś nie tak! Jak można w ogóle lubić takiego odmieńca?
               Rija miała wrażenie, jakby przyjaciółka właśnie ją uderzyła. Nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy od niej tak okrutnie przeszywające serce słowa. "Odmieniec". Czyż właśnie nie tak ona sama myślała o Plingu? Dlaczego więc, ta opinia wypowiedziana na głos, brzmi tak bezdusznie?
               Zrozumiała jednak, że Pling także musiał poczuć się w ten sposób. Nie, musiał poczuć się o wiele gorzej. Od dziecka musi znosić takie traktowanie, nie mając nawet nikogo, na kim mógłby polegać.
               Najgorzej jednak czuła się ze świadomością, że ona także jest jedną z tych, którzy go opuścili.

               Rija nawet nie zauważyła upływu czasu. Tira tak wciągnęła ją w wir przygotowań do Balu Końca, że zorientowała się dopiero, ile dni minęło, gdy nadszedł czas na włożenie kupionej wcześniej sukni.
               - Rija, powiedz wreszcie! Z kim idziesz? - Tira próbowała z niej to wyciągnąć od dawna, ciągle nieskutecznie.
               - To niespodzianka. Zobaczysz na miejscu.
               - Chwilę... Czyli nie jedziemy razem?
               - Nie.
               Tira była zszokowana siłą przyjaciółki. Nigdy wcześniej nie sprzeciwiała się jej tak jawnie. Postanowiła jednak nic już nie mówić i po prostu się z nią pożegnała. Rija także wzięła swoje rzeczy i wyszła.

               Pling po raz kolejny został zmuszony do siedzenia na ganku. Jego brat właśnie wybierał się na Bal Końca, więc w domu od rana znajdowała się jego partnerka. Byli ze sobą już bardzo długo, więc planują pobrać się niedługo po tej nocy. Przynajmniej on będzie mógł wieść szczęśliwe życie...
               Podejrzewał, że niedługo będzie mógł wrócić. Pewnie zaraz wyjdą i wreszcie ktoś pozwoli mu wejść do ciepłego budynku.
               W pewnej chwili dostrzegł także idącą ulicą przyjaciółkę Riji. Tylko gdzie była sama Rija? Pomyślał, że pewnie zdecydowała się iść sama ze swoim partnerem. Z takim wyglądem musiała mieć ogromne powodzenie u płci przeciwnej.
               Tym bardziej zdziwił się, gdy zobaczył Riję ubraną w balową suknię tuż przed nim. Nawet nie zauważył, kiedy weszła na podwórko. Prawdopodobnie nadal nie wiedziałby o jej obecności, gdyby nie jej ręka delikatnie dotykająca jego ramienia...
               Jednak to nie sam fakt, że znalazła się przed nim tak nieoczekiwanie, wprawił go w takie osłupienie. Nie sądził, że ktokolwiek mógłby chcieć zobaczyć się z nim z własnej woli. A co dopiero ktoś, kto jeszcze nie tak dawno tak zareagował na jego widok.
               - Rija? Co tutaj robisz?
               - Chodź ze mną na bal.
               Tym razem nie był po prostu zszokowany. Miał wrażenie, jakby cały wszechświat spadł mu na głowę. I to kilka razy. Nie potrafił trzeźwo myśleć, a jedynym, co zdołał z siebie wykrztusić to zduszone "dlaczego?". Nie był nawet pewien, czy nie był to przypadkiem tylko jakiś nieartykułowany dźwięk.
               - Bal Końca ma być końcem jakiegoś etapu w życiu, prawda? Nie chcę, żeby chodziło tylko o szkołę.
               - Nie rozumiem.
               - Też tego nie rozumiem. Dlaczego to, że ktoś jest trochę inny, ma znaczyć o jego wartości?
               Miał wrażenie, że zaczyna powoli nadążać za tokiem myślenia Riji. Ale czy naprawdę może sam w sobie krzesać jakąkolwiek nadzieję? Czy w ogóle ma do niej prawo?
               Nadzieję... Czy to możliwe, żeby powoli zaczynał ją czuć? Czy naprawdę jego życie mogłoby stać się lepsze? Jako dziecko jeszcze starał się, aby tak było, jednak bezskutecznie. Dla odmieńca nie ma tutaj miejsca. To niepodważalna reguła tego świata.
              - Byłam okropna w stosunku do ciebie. Nawet nie wiem dlaczego... Chyba bałam się tej inności. Ale dlaczego? Przecież wcześniej tak bardzo się lubiliśmy.
               - Rija... Wiesz przecież, jak wszyscy zareagują...
               - Wiem! - Wcięła mu się w słowo z większą siłą niż zamierzała. - Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą.
               Bal Końca... Mimo że nie rozumiał, dlaczego jest on dla każdego tak ekscytujący, nagle sam zapragnął, aby stał się czymś ważnym i dla niego. Nie był pewien, czy robi dobrze, jednak wstał i podążył za Riją, gotów, aby spróbować zmienić nie tylko siebie, ale także innych.
               W końcu nigdy nie jest za późno, prawda?
               Mimo że wyróżnia się spośród innych, nie jest jedynym odmieńcem. Każdy czymś się różni. Nie zawsze rzuca się to w oczy tak bardzo, jak jego fioletowa skóra, ale czy to zaraz oznacza, że to on jest dziwakiem? Jest jedynym o takim kolorze skóry wśród wszystkich zielonych istot na tej planecie, ale jest także ich rodakiem. To tutaj się urodził i dorastał.
               To jego planeta i ma prawo takie samo prawo do życia na niej, jak inni.

Heroine

niedziela, 23 kwietnia 2017

WYZWANIE #4: Zdjęcia zapisane w pamięci

Mamy wiosnę, więc czas na "Wiosenne porządki". Może mają one miejsce wcześniej, ale jednak jest w miarę tematycznie. W każdym razie, zapraszam do czytania! 😊

***
Zdjęcia zapisane w pamięci


               Pokój wyglądał jak po prawdziwej apokalipsie. Albumy walały się na podłodze, obok nich leżały zdjęcia wyjęte z pudełek, które zostały po prostu rzucone na stolik. Poduszki znajdowały się w całym pomieszczeniu, w każdym jego kącie, kubki po kawie i herbacie stały nieumyte prawdopodobnie od paru dni... Wydawało się także, że meble nie widziały żadnej ścierki od paru tygodni. Prawdziwy bałagan, prawdziwy syf.
               Wśród tego wszystkiego, na kanapie, zawinięta w koc leżała Ania. Spała i nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że do mieszkania właśnie weszła jej mama. Nie obudziła się nawet, gdy zaczęła ona zbierać brudne naczynia i wycierać kurze. Kobieta za to nie zamierzała jej budzić. Ułożyła poduszki w jednym miejscu, pozbierała zdjęcia i albumy. Wiedziała, że córka nie będzie zadowolona, jednak uważała, że powinna to zrobić. Po porządkach niezauważona wyszła z mieszkania i wróciła do siebie.
               Ania obudziła się dopiero po kilku godzinach. Wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia, gdy zobaczyła, że znów wszystko zostało posprzątane. Nie bez powodu rozrzuciła wszystkie zdjęcia. Zamierzała je wszystkie wyrzucić. Nie chciała więcej na nie patrzeć. Tylko trochę się tego bała. Mimo wszystko te zdjęcia były ważną pamiątką. Ale również niezwykle bolesną. Kiedy chociażby o nich pomyślała, od razu przypominała sobie wszystkie te chwile, o których chciałaby zapomnieć...
               Potrząsnęła gwałtownie głową. Znów zaczynała o tym myśleć. Sfrustrowana już miała zrzucić ze stolika świeżo ułożone zdjęcia, jednak ostatecznie wzięła jedno do ręki i mimowolnie na nie spojrzała. Ku własnemu zdziwieniu, uśmiechnęła się. Akurat chwyciła fotografię przedstawiającą ją i ciemnowłosego mężczyznę. Oboje dobrze się bawili. Byli na jakimś spotkaniu, w tle można było dostrzec sylwetki innych ludzi. Pamiętała dokładnie ten dzień - były to urodziny jego starszej siostry, podczas których po raz pierwszy spędzała czas z całą jego rodziną.
               Kolejne zdjęcie, które wpadło jej w ręce przedstawiało ich podczas zakończenia liceum. To właśnie w tej szkole się poznali, chodzili razem do jednej klasy. Później wspólnie wybrali także miejsce, w którym będą studiować. Wynajęli właśnie to mieszkanie, w którym znajdowała się teraz i wierzyli, że naprawdę spędzą razem życie...
               Wierzyli. Ale nie udało im się to.
               Uśmiech zniknął z twarzy Ani i ponownie położyła się na kanapie. Dalej patrzyła na zdjęcie i zastanawiała się, jakby teraz wyglądało ich wspólne życie. Zapewne cieszyliby się nim, zaczęliby poważnie myśleć o przyszłości.
               Jednak już nigdy nie będą mogli tego zrobić.
 ***
               Kiedy mama Ani weszła do jej mieszkania po kilku dniach, zastała je w takim samym stanie jak wcześniej. Westchnęła i miała już zamiar zabrać się za sprzątanie, jednak rozmyśliła się i postanowiła poczekać. Spojrzała na śpiącą córkę i pomyślała, że nie powinna tak bardzo ingerować w jej życie. Tak naprawdę sama nie wiedziała, co robić. Czuła się bezsilna, nie wiedząc, w jaki sposób mogłaby sprawić, że jej córka ponownie wróci do życia i przestanie tak kurczowo trzymać się przeszłości.
               Naprawdę nie miała pojęcia, co będzie najlepsze.
 ***
               Ze zdziwieniem zobaczyła, że salon został pozostawiony w takim samym stanie, w jakim był zanim zasnęła. A dałaby sobie rękę uciąć, że jej mama miała dzisiaj przyjść. Nigdy nie zapowiadała wizyt, ale Ania zawsze wiedziała, kiedy zamierza ją odwiedzić.
               Nie podobało jej się to. Zawsze była niezadowolona, kiedy jej mama sprzątała mieszkanie bez rozmowy z nią, ale jednak... Chyba wolała, kiedy to robiła. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale tutaj naprawdę panował istny chaos. Kiedy w ogóle pozwoliła, żeby wszystko zaczęło tak wyglądać?
               Powoli wstała z kanapy i zastanawiała się, co zrobić. Posprzątać? Tylko po co? I tak mieszka tu sama i nie robi nic konkretnego... Mimo wszystko postanowiła pozbierać rzeczy walające się na podłodze i pozmywać naczynia. Czuła, że musi coś wreszcie zrobić. Już od dawna nie może się do niczego zmobilizować, marnuje czas śpiąc lub patrząc się w sufit. Od kiedy to trwa? Ile jeszcze może to trwać?
               Sama nie wiedziała, dlaczego tak nagle postanowiła coś zrobić, jednak tego dnia, gdy wreszcie z uśmiechem spojrzała na zdjęcia, pomyślała, że to były piękne chwile. I takie właśnie powinny pozostać w jej wspomnieniach. Niezmiennie szczęśliwe i wspaniałe.
               Wzięła do rąk zdjęcia, które niedawno zamierzała wyrzucić. Oglądając wszystkie po kolei, powoli chowała je do pudełek. Następnie przejrzała wszystkie albumy. Uznała, że trzeba kupić jeszcze jeden, aby wypełnić go pozostałymi fotografiami. Wtedy jednak ułożyła wszystko na półce, z której zdjęła to kilka miesięcy temu. To było miejsce tych rzeczy i tutaj powinno leżeć, dopóki nie będzie chciała obejrzeć tych zdjęć.
               Westchnęła spoglądając na swoje mieszkanie. Powinna je całe dokładnie wysprzątać.
***
               Mama Ani czuła się trochę winna, zostawiając córkę samą, więc następnego dnia wróciła, aby tym razem naprawdę ponownie uprzątnąć zrobiony przez nią bałagan. Jednak gdy weszła do mieszkania z prawdziwym zdziwieniem zobaczyła, że salon jest czysty. Wręcz lśni czystością. Jej córka natomiast jak zwykle spała na kanapie, jednak obudziła się, słysząc swoją mamę. Podniosła się i delikatnie uśmiechnęła, a kobieta już wiedziała, że zabrała się za sprzątanie nie tylko mieszkania. Postanowiła również uprzątnąć i poukładać swoje życie na nowo.

Heroine

niedziela, 9 kwietnia 2017

WYZWANIE #3: Słodycz, której poszukuję

Dzisiaj mamy "Ciernie i chrupki"! Może i temat wydaje się trochę dziwny, ale muszę przyznać, że pisało mi się naprawdę dobrze. Na początku nie mogłam złapać wątku, niezbyt wiedziałam, co dokładnie chcę pokazać, ale kiedy już mi się to udało, było naprawdę, naprawdę dobrze.
Mam tylko wrażenie, że moje opowiadania wychodzą tak na jedno kopyto... Wydaje mi się, czy rzeczywiście powinnam coś pozmieniać w kolejnych?

*** 
Słodycz, której poszukuję
 

               Chłopczyk siedział na huśtawce i obserwował inne dzieci. Przedszkolanki już dawno przestały zawracać sobie głowę zintegrowaniem malca z pozostałymi. Nigdy nie wykazywał jakichkolwiek chęci do kontaktów z rówieśnikami. Początkowo nawet pozostałe dzieci starały się zapraszać go do zabawy, ale nigdy się nie zgadzał. A nawet jeśli czasem przyjmował zaproszenie, milczał i po pewnym czasie ponownie odsuwał się od grupki. Każdy po prostu uznał, że nie lubi towarzystwa innych dzieci i przestano się nim przejmować.
               - Hej, chodź pobawić się z nami! - Podbiegła do niego dziewczynka w różowej sukieneczce i z krótkimi włoskami związanymi w kucyki. Ona była najbardziej wytrwała i nadal co jakiś czas starała się zachęcić chłopca do zabawy.
               - Nie chcę.
               - Ale dlaczego? - Zrobiła naburmuszoną minę, niezadowolona z otrzymanej odpowiedzi.
               - Po prostu nie chcę.
               Chłopiec odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć ani na nią, ani na pozostałe dzieci. Obrażona dziewczynka pobiegła z powrotem do swoich kolegów. Na tę chwilę i ona nie chciała mieć nic wspólnego z chłopcem.
***
               Powoli jadł przygotowaną przez mamę kanapkę. Nie był zbyt głodny, ale wiedział, że mama martwiłaby się, gdyby jej nie zjadł.
               - Musisz mieć siłę, żeby bawić się z dziećmi - mówiła zawsze, gdy dawała mu śniadanie. Nieustannie sądziła, że nauczycielki w szkole przesadzają, mówiąc, że jej syn nie rozmawia z kolegami z klasy. Wiedziała, że nie jest zbyt energiczny, że lubi samotność, ale wierzyła, gdy chłopiec mówił, że nie ma się czym martwić. A on po prostu nie chciał sprawiać żadnych kłopotów, więc pozwalał mamie na to.
               Ugryzł kolejny kawałek, potem kolejny i jeszcze jeden... Jadł powoli, aby zająć sobie całą przerwę. Inne dzieci biegałyby z tą kanapką i pochłaniały ją w zastraszającym tempie. Trudno się dziwić, skoro dla nich te kilka minut zawsze pełnych jest wrażeń.
               Tymczasem on tylko siedział i czekał, nie chcąc zbliżyć się do nikogo.
***
               Śmiechy, burzliwe dyskusje, proste pogawędki... To właśnie tworzyło ogromny gwar na korytarzach. Kiedy teraz o tym myślał, wolał hałas dziecięcych zabaw. Wtedy przynajmniej wszystko było szczere... Dobra zabawa, uśmiechy na twarzach - to były prawdziwe twarzyczki szczęśliwych dzieci. Teraz sam nie wie, które twarze są prawdziwe, a które fałszywe. Każdy zachowywał się inaczej wśród innych ludzi, każdy w ten sposób ukrywał prawdziwego siebie. Zawsze go to przerażało. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego.
               - Dlaczego znowu siedzisz sam? - Koleżanka z klasy pochyliła się nad jego ramieniem, starając się dostrzec jego twarz. Powstrzymał westchnięcie. W przedszkolu zachowywała się tak samo. W podstawówce chodzili do innych szkół, więc nikt nie próbował z nim rozmawiać. Teraz ponownie widzą się codziennie, a ona z jeszcze większym uporem stara się z nim zaprzyjaźnić.
               - Lubię być sam.
               Ton jego głosu jasno ucinał rozmowę. Zrezygnowana dziewczyna wycofała się, obiecując sobie, że następnego dnia spróbuje ponownie. Tymczasem on starał się nie słuchać otaczających go rozmów. Nie mógł znieść tej nieszczerości naokoło.
***
               Czasem ma wrażenie, że wszystko już go przytłacza. Od dziecka jest sam, już lata temu odsunął się od ludzi. Jednak z roku na rok odczuwa to coraz dotkliwiej. Nawet nie pamięta, dlaczego to zrobił. Potrafi tylko powiedzieć, że w pewnym momencie sam zaczął żyć w kłamstwie, którego tak nienawidził.
               Zawiązał sznurówki butów, wziął plecak z podłogi i wyszedł. Szedł prosto do celu, aby po chwili wejść w gwar szkolnego korytarza. Ten gwar przepełniony fałszem. Nawet jeśli jest w nim choć odrobina szczerości, nie można jej wyczuć. Ludzie uśmiechają się do siebie mimo, że wcale nie mają ochoty na rozmowy. Twierdzą, że cieszą się z weekendowego wyjścia mimo, że nie zgodzili się na nie z sympatii do danej osoby, tylko z czystej chęci posiadania towarzystwa. To jest właśnie ten zakłamany świat. Ludzie zrobią wszystko, aby tylko nie zostać całkiem samym.
               Czasem im zazdrościł. Nigdy nikomu by o tym nie powiedział, ale taka jest prawda. Chciałby znaleźć się na miejscu tej dziewczyny, która rozmawia z koleżankami o najlepszych podkładach i tuszach do rzęs, chociaż używa ich tylko po to, żeby zainteresowały się nią. Nie miałby nic przeciwko byciu tym najlepszym uczniem w klasie, z którym zadają się tylko dla spisywania zadań i ściągania na sprawdzianach. Oni mają ludzi wokół siebie. On jest całkiem sam.
               Lubię być sam. - To wierutne kłamstwo, w które nawet on przestał już wierzyć. Jednak co powinien zrobić? Sam już zagubił się w swoim własnym świecie. Sam już nie wie, co według niego jest lepsze. Postanowił przetrwać swoje życie i najwyraźniej tylko to mu pozostaje.

               Wracając do domu zawsze mijał plac zabaw, z którego dochodziły szczere śmiechy. Może gdyby jako dziecko potrafił właśnie tak śmiać się z innymi, nie czułby się tak w tej chwili...
               Rzadko zbaczał z drogi, tego dnia jednak postanowił zerknąć na wesołe maluchy. Liczył, że chociaż to pozwoli mu na moment zapomnieć o tym, jak się teraz czuje. Usiadł na trawie nieco oddalony od wszystkich dzieci. Nie chciał zbliżać się za bardzo, planował tylko chwilę na nie popatrzeć. Słyszał, jak do siebie wołają i śmieją się razem, czy też jak czasem wywiązuje się między nimi drobna sprzeczka, bo nikt nie chce szukać podczas gry w chowanego. Nawet te beztroskie lata stracił, nie zdając sobie z tego sprawy.
               Nie zorientował się, kiedy przykucnęła przed nim malutka dziewczynka. Był zbyt pogrążony w swoich myślach i żalu.
               - Hej! - Gwałtownie podniósł głowę i zobaczył ją. Duże oczka, sukieneczka w kwiatki, włosy związane w warkoczyki - śliczny maluch w wieku przedszkolnym.
               - Cześć... - Kompletnie nie wiedział, czego może się po niej spodziewać. Nie był przyzwyczajony do takich sytuacji. Dotychczas tylko jedna osoba starała się w jakiś sposób do niego zbliżyć. A on niezmiennie odpychał ją od siebie.
               - Dlaczego jesteś smutny? - Nie wiedział, co odpowiedzieć. Czasem dzieci nad wyraz dobrze potrafiły odczytać, co siedzi w głowach innych ludzi. Były też przy tym bardzo bezpośrednie. - Nie bądź smutny...
               - Nie przejmuj się, mała. - Delikatnie pogłaskał ją po głowie i bezskutecznie próbował się uśmiechnąć. Grymas jego ust utwierdził dziewczynkę w przekonaniu, że coś jest nie tak.    Zamyśliła się na chwilkę, po czym gwałtownie wstała i pobiegła w kierunku placu zabaw. Szybko wróciła, trzymając w rękach jakąś paczuszkę. Wsadziła do niej rączkę.
               - Masz! Dzięki temu nie będziesz smutny! - Podała mu coś, co przed chwilą przyniosła. Zdziwiony zauważył, że jest to chrupka. Kolorowa, prawdopodobnie owocowa. I zapewne bardzo słodka.
               Wpatrywał się w prezent przez dłuższy czas, a następnie ugryzł kawałek. Tak jak sądził - była słodka i smakowała jabłkiem. Dziewczynka dalej nie odrywała od niego wzroku i uważnie obserwowała reakcję chłopaka. On natomiast żuł powoli, ciągle zastanawiając się, o co jej chodziło. Dlaczego dała mu chrupkę? Co chciała mu w ten sposób powiedzieć?
               - I jak? Dobre?
               Najpierw po prostu spojrzał na nią zdziwiony, a potem zaczął się śmiać. Nawet nie pomyślał, że dziecku może chodzić tylko o smak. Zamierzał w zwykłej chrupce doszukiwać się głębszego przekazu, a tymczasem to było takie proste. Chrupka miała być dobra. A smak tej chrupki miał poprawić mu humor.
               Pokiwał twierdząco głową i włożył pozostałą część smakołyku do ust. Twarz dziewczynki rozjaśnił uśmiech i usiadła obok niego, sama wgryzając się w swoją chrupkę. Podsunęła mu pod nos kolejną i sama wzięła jeszcze jedną. Nigdy by nie pomyślał, że kiedykolwiek będzie pocieszany przez dziecko i to w taki sposób.
               Siedzieli na trawie, zajadając słodkie chrupki, dopóki nie zjedli całej paczki. Wtedy dziewczynka wstała i z uśmiechem pożegnała się z chłopakiem.
               - Nie bądź więcej smutny, dobrze?
               - Dobrze. - Pogłaskał ją po głowie i uśmiechnął się tym razem w pełni szczerze. - Dziękuję za chrupki.
               Nigdy nie sądził, że to, co dręczyło go przez lata okaże się takie proste. To, co powinien zrobić to nie odsunięcie się od świata, tylko poszukanie w nim szczerości. Nie powinien czekać, aż słodka chrupka sama do niego przyjdzie - sam może ją znaleźć i zacząć cieszyć się smakiem. Tylko musi stać się tak otwarty, jak ten malec sprzed chwili.
               Nadal z uśmiechem na ustach wstał i wrócił do domu. Obiecał sobie, że tym razem już nie będzie doszukiwał się wszędzie kłamstw, a dostrzeże to, co prawdziwe. A powinien zacząć od pewnej osoby, która najprawdopodobniej zawsze była wobec niego szczera. Tylko on, pogrążony w swoim własnym świecie, nie potrafił dostrzec niczego innego, niż ogarniających go na każdym kroku wątpliwości.

Heroine

poniedziałek, 27 marca 2017

WYZWANIE #2: Gwiazdy lśniące na niebie

Czas na kolejne opowiadanie, tym razem z moim tematem - "Podróżnik w czasie". Przyznam szczerze, że miałam na nie trochę inny pomysł, ale ostatecznie zmieniłam go trochę. Poza tym nie wiem, czy dobrze oddałam to, co siedziało mi w głowie, więc możliwe, że opowiadanie wydaje się takie niezwiązane z tematem. A może jest lepiej niż myślę? Pozostawię to już opinii innych. 😊

 ***
Gwiazdy lśniące na niebie


               Trzaska z wściekłością drzwiami, przekręca klucz w zamku i, uprzednio kopiąc leżącą na ziemi torbę, siada przy biurku. Gotuje się ze złości, nawet głębokie oddechy, ponoć tak skuteczne, nie pomagają mu ochłonąć. Nieudane próby uspokojenia swoich emocji wręcz pogarszają jego stan i irytują jeszcze bardziej. Teraz w szczególności nie chce doświadczać więcej druzgocących porażek, nawet jeśli chodzi o tak prostą i w rzeczywistości mało znaczącą kwestię.
               Wiktor nie może już zliczyć, ile razy próbował. Od dziecka marzy o zostaniu aktorem i graniu przed tłumami ludzi na teatralnej scenie. Początkowo mógł ćwiczyć jedynie w szkolnym teatrze, który pozostawiał wiele do życzenia, nadszedł jednak czas, aby spróbować wejść na prawdziwą scenę i naprawdę spełnić swoje marzenie. Usłyszeć, że naprawdę jest dobry, ćwiczyć razem z całą grupą, aby w dniu premiery zebrać gromkie brawa i uszczęśliwić wszystkich ludzi, którzy postanowili przyjść i obejrzeć występ... To jest jego największym pragnieniem, któremu poświęcił całe życie.
               Jednak ostatecznie ma wrażenie, że to wszytko na nic. Czuje, jakby jego marzenie zostało mu właśnie odebrane, jakby już nie miał powodu, aby iść przed siebie.
               "Naprawdę myślisz, że to takie proste?"
               W głowie cały czas słyszy słowa, które wypowiedziała jego koleżanka ze studiów. Zawsze uważał ją za sympatyczną, jednak w tym momencie zastanawia się, czy nie było o tylko złudzenie. Nawet nie chodzi o to, że być może powiedziała mu prawdę. Rzecz w tym, w jaki sposób to zrobiła. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że po raz kolejny mu się nie udało. Próbuje już od dwóch lat, od czasu skończenia liceum, nadal bezskutecznie. A dziś było najgorzej. Nie dość, że rano usłyszał tak ostre i nieprzyjemne słowa, to na dodatek całkowicie zniszczył kolejną szansę, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa.
               - Chyba naprawdę się do tego nie nadaję.
               Kładzie głowę na blacie i pozwala spływać wstrzymywanym łzom. Sam nie wie, czy nadal jest wściekły na siebie, zawiedziony czy po prosty bardzo smutny. Przede wszystkim na razie chce o wszystkim zapomnieć i nawet nie myśleć o druzgocącej porażce.
               Może po prostu powinien całkowicie sobie odpuścić? Zająć się czymś innym? Znaleźć wreszcie inne marzenie, tym razem możliwe do spełnienia?
***
               Setki par oczu zwróconych jest na wysokiego blondyna, odgrywającego swoją rolę, jakby było to jego własne życie. Nie fikcyjny bohater. Nie postać, w którą się wciela. On, prawdziwy on. Czarujący i porywający, przyciągający wzrok każdego. To umiejętności, których nie da się podrobić. To talent, którego nie da się naśladować.
               Ostatni akt, ostatnia scena, ostatnie słowa. Opada kurtyna, a on kończy grę. Bierze głęboki wdech i z uśmiechem patrzy na całą ekipę. Jego twarz jaśnieje, a w oczach pojawiają się iskierki prawdziwej radości, gdy słyszy gromkie oklaski.
               - Dziękuję. - Zawsze robi to po wszystkich występach. Spogląda na wszystkich z tym szczerym wyrazem twarzy, ukazując swoje autentyczne szczęście i dziękuje. W tych słowach za każdym razem kryje się tyle najróżniejszych uczuć, których nikt nie potrafi odczytać. Mimo, że każdy tutaj jest ze sobą blisko, nadal nie wiedzą, co dzieje się w głowie Wiktora, gdy stoi na scenie. Lśni niczym gwiazda na nocnym niebie, tylko tyle potrafią powiedzieć bez najmniejszego wahania.
               Rozpiera go radość, prawdziwe szczęście. Czuje też dumę, lekkie zmęczenie i oszołomienie. To najwspanialsze uczucia, które dane jest mu doświadczyć. Gdyby tylko mógł, nigdy nie schodziłby z tego miejsca i odgrywałby rolę za rolą, uszczęśliwiając nieznajomych ludzi, a także samego siebie.
               To jego miejsce na świecie.
***
               Poranki nigdy nie były jego ulubioną porą dnia, jednak po każdej porażce stają się jeszcze gorsze. Musi wstać z łóżka, które wydaje się być najlepszym schronieniem, zmierzyć się z brutalną rzeczywistością i przypomnieć sobie wszystko, co wydarzyło się poprzedniego dnia.
               - Chłopie, weź się w garść! - mówi pewnie, dopijając kawę wielkim haustem i żwawo wychodzi z mieszkania. Pewność siebie jednak ulatuje tak szybko i nagle, jak przyszła. Jak w ogóle spojrzy w swoją twarz w lustrze? Odnosi porażkę za porażką, wszystko, co robi jest bezskuteczne. Nigdy nie dosięgnie swojego ideału, nigdy nie osiągnie tego, czego tak bardzo pragnie.
               Ponadto wydarzenia poprzedniego dnia odbiły się na jego śnie. Wydawało mu się, że w nocy widzi siebie na scenie, tak szczęśliwego, jak nigdy przedtem. Gdyby tylko mógł stać się taki naprawdę. Szczery, pewny siebie i nieustannie prący naprzód. To coś, czego pragnie. Tymczasem jest tylko Wiktorem. Tym Wiktorem, który od dziecka był zbyt strachliwy, aby zrobić coś dla siebie. Tym Wiktorem, który mimo zrobienia kroku naprzód, nie potrafi już pójść dalej. Tym Wiktorem, który tylko nieustannie goni marzenie i nie próbuje go naprawdę złapać.
               "Odpuść."
               Coraz częściej nie może odpędzić od siebie tych myśli. Może to tylko głupie dziecięce marzenie, o którym nie powinien w ogóle myśleć? Ale odpuścić tak po prostu, po tym, jak tyle lat poświęcił właśnie tej jednej rzeczy, bez zwracania najmniejszej uwagi na to, co mówią inni... Nie, nie może tego zrobić. Choćby bolało, choćby miało mu się to nigdy nie udać.

               Kolejna próba. Który to już raz? Szczerze, naprawdę nie może tego zliczyć. Nigdy jeszcze mu się nie udało, możliwe, że tym razem także odniesie bolesną porażkę. Jednak nawet jeśli tak się stanie, nie podda się. Teraz już nie będzie się chował.
               Tym razem nie będzie się bał.
***
               - Wiktor, tutaj jesteś!
               Blondyn odwraca się na dźwięk zdyszanego głosu swojego przyjaciela.
               - Po występie zawsze tak ciężko cię znaleźć. - Nietrudno usłyszeć ciężki oddech Roberta. Najwyraźniej wejście na dach całkowicie go wykończyło.
               - Tobie zawsze się udaje.
               Robert dołącza do przyjaciela i opiera się o barierkę. Podąża za jego wzrokiem skierowanym na czyste niebo. Idealnie widać każdą gwiazdę, tak pięknie lśniącą na granatowym niebie.
               - O czym myślisz?
               - Chciałbym powiedzieć sobie z przeszłości, że kiedyś będzie lśnił tak samo, jak te gwiazdy na niebie. - Wzdycha z zadumą. Zawsze przychodzi w takie miejsca, z których może obserwować niebo. Myśli wtedy właśnie o tym. Czasem nade wszystko chciałby móc cofnąć się do przeszłości i przemówić sobie do rozsądku. Pokazać jeden z występów, podzielić się swoją radością i wskazać na jaśniejące nad ich głowami gwiazdy. Rozwiać wszystkie wątpliwości przeszłego siebie, pozwolić mu uwierzyć, że jego marzenie nie jest tylko marzeniem dziecka, a czymś, do czego warto dążyć.
               - Każdy kiedyś będzie lśnić, Wiktorze - szepcze do siebie, całkowicie ignorując zaskoczone spojrzenie przyjaciela.
***
               Znów się nie udało. Wiktor czuje frustrację, jednak tym razem stara się zachować spokój. Jeszcze raz! Będzie próbował aż do skutku, nawet jeśli będzie to trudniejsze niż kiedykolwiek sądził.
               Stara się przypomnieć sobie to, co czuł w swoim śnie. Tę radość, prawdziwe, najprawdziwsze w świecie szczęście. Bez strachu, przepełniony dumą, gotowy, by iść dalej - taki właśnie wtedy był i taki właśnie zamierza się stać.
               Brnie przez miasto oświetlone jedynie słabymi lampami. Z reguły nie wraca pieszo do domu, teraz jednak potrzebuje nieco świeżego powietrza. W autobusie, wśród tylu ludzi zapewne znów by się załamał. Już więcej nie może sobie na to pozwolić. Jeśli zrobi to chociażby jeszcze jeden raz, na pewno porzuci swoje marzenie, a tego najbardziej na świecie nie chce.
               "Każdy kiedyś będzie lśnić, Wiktorze."
               Spogląda w górę i patrzy na gwiazdy na ciemnym niebie. Jest nieco zachmurzone, więc nie widzi ich zbyt dokładnie, jednak kiedyś chmury się rozejdą, a ich blask stanie się dostrzegalny.
               - Tak, będę kiedyś lśnić.

               Bijące serce, krew płynąca w żyłach, gwałtowne i silne emocje. Wszystko to jest tak piękne, ale też tak nierealne. I prawdziwe. Wreszcie nie jest to tylko bardzo rzeczywistym snem, a faktem, najprawdziwszym wydarzeniem.
               Kurtyna idzie w górę, a marzenie zostaje spełnione.

Heroine